O autorze
Na niniejszym blogu obgadujemy mojego Latino Męża. Narzekamy na związki z importu/zachwalamy związki z importu. Plotkujemy bezwstydnie o tym, jak język potrafi zdradzić nasze niecne zamiary oraz o tym, co to są tzitzki. A także, bezczelnie przechwalamy się, że wiemy (mimo, że przecież nie wiemy) jak żyć w dobie Globalizacji, Dezinformacji i Fejsbuka. Fake it till you make it! Oh, and date a Latino!
Karolina Perez Sima - polska felietonistka dla dominikańskiego dziennika Acento oraz polonijnego miesięcznika Polonika w Austrii.

Mañana! Czyli leniwi Południowcy

Odpowiedni małżonek to rozrywka za friko. A poza rozrywką, e d u k a c j a. Nauka przez zabawę można by rzec. A jeśli małżeństwo ma być po wsze czasy, to i uczenie się przez całe życie. Dobry mąż jest lepszy niż Erasmus, Comenius, wolontariat w tropikach czy staż w NGO. Istna żyła złota. Ale po kolei. W obliczu internetowej nagonki na Greków, którzy to pracować nie chcą, ale żyć jak pączki w maśle to i owszem, postanowiłam podzielić się opowieścią o pracowitości południowców. A tak, z przekory.

Oczywiście, jak uczy nas randkowanie w zglobalizowanym świecie - im dalej upolowany małżonek, tym większe jego walory rozrywkowo - edukacyjne. Stepy akermańskie, argentyńska pampa, lasy tropikalne czy Białołęka, to nieważne. Każdy egzotyczny okaz męża wniesie w nasze życie smakowite dane statystyczne, kulturowe ciekawostki i inne mrożące krew w żyłach opowieści z jego naturalnego środowiska. Mój na przykład, mimo, że Południowiec to łapie się też w model pracowitości zza oceanu. Ameryka to w końcu Ameryka.

Gdy zainwestujemy w matrymonialne kulturoznawstwo to nim się obejrzymy, a nasze horyzonty zaczną ogarniać kontynenty zamiast powiatów. I to bez wkuwania wyświechtanych notatek! No bo kto robi jeszcze notatki w czasach tabletów, smartphonów, netbooków i iwatchów? Chyba tylko stare panny! Ja starą panną nie jestem (ku zaskoczeniu i uldze moich dość konwencjonalnych krewnych) i mimo, że cierpi na tym mój feministyczny imaż, męża się słucham. Tenże Mąż umila mi wieczory realistyczno-magicznymi opowieściami z czasów swoich poprzednich zatrudnień... Tak, o dziwo, na karaibskiej wyspie, z której pochodzi, ludzie też pracują! Drinki z palemką pozostają bogatym turystom z Europy…

Moja ulubiona historia dotyczy czasu gdy pracował w Rządowej Agencji do Walki z Narkotykami. O ironio, wpisuje się to całkiem ładnie w jego Latynoską proweniencję. Niby duma, sensacja i bohaterstwo. Ale kto usłyszy jakie pieniądze można zarobić na walce z narkotykami, a jakie na samych narkotykach, ten się dwa razy zastanowi!

Rządowa Agencja, w której mój mąż stawiał młodzieńcze kroki zawodowe, zajmowała się między innymi przejmowaniem majątków pojmanych drug lords. A jak wszyscy dobrze wiemy, w Ameryce Łacińskiej co drugi to drug lord, a karteli jest tam więcej niż u nas kościołów! Stąd i majątków do przejęcia, obejrzenia, skatagolowania i rozdysponowania było niemało. Poza tym, były to majątki niczym Jaja Faberge – epickie, ociekające luksusem, z lekka surrealistyczne. Skarby o jakich telenowelom się nie śniło. Nie wspominając już o naszych filozofach!

Latynoscy bossowie narkotykowi nie narzucają sobie ograniczeń przewidzianych przez prawo, a co dopiero tych wyznaczanych przez zasady minimalizmu dekoracyjnego. Było więc na bogato i z przytupem. Łazienki rozmiaru hangaru całe w czarnym marmurze. Czarne kafle, czarne toalety i czarne bidety. Czarne dżakuzi, czarne kabiny i jeszcze czarniejsze przewiny. Freski na ścianach, których nie powstydziłby się Watykan, przedstawiające w pełnej krasie pojmanego bandziora – byłego właściciela przybytku, a zarazem wytwornego modela. Kryte baseny otoczone kolumnadą na żywca zerżniętą z greckiego Partenonu. Dobrze wiedzieć, że europejska klasyka łamie nawet najtwardsze serca... Na dokładkę całe magazyny produktów, których sprzedaż miała, być może, stanowić przykrywkę dla narkotykowych ekscesów kartelu – np. tekturowe sikawki (sic) dla kobiet, umożliwiające załatwianie potrzeby porządnie bo „po męsku”. I cała masa innych skarbów, które zajęte przez administrację państwową - albo potulnie czekały na (często niestety szybki) powrót właściciela zza krat, albo zostawały wyprzedawane na publicznych aukcjach.

Poza takimi hollywoodzkimi sensacjami, przeciętny obywatel państw Ameryki już w młodym wieku ma na koncie całą listę nieco bardziej „normalnych” doświadczeń zawodowych. A lista ta jest tak długa jak różnorodna. W przypadku mojego antynarkotykowego męża gehenna pracy zaczęła się już gdy miał 12 lat i była to wakacyjna pomoc w punkcie Xero (Ksero). Lata 13 – 14 to stolarka, bo teściowa wierzyła w przyuczenie syna do pracy fizycznej, na ewentualną czarną godzinę. Wakacje nr 15 minęły pod hasłem „przynieś podaj pozamiataj” w oddziale księgowości biura podroży, a następne lato to czas asystowania w towarzystwie finansowym. Później były studia, bo jakiś papier przydałoby się mieć, a w międzyczasie wspomniana perełka, czyli praca w Rządowej Agencji do Walki z Narkotykami. Lata 24 – 25 oznaczały powrót do nudy, czyli biuro marketingu szkoły językowej. Potem były jeszcze salony piękności (Latos to Latynos), urzędy administracji państwowej i studio dubbingu. Nic dziwnego, że dzisiaj najchętniej nic by nie robił, tylko na gitarze grał...

Etyka zawodowa Nowego Świata kojarzy nam się przede wszystkim z dwunastoletnimi rowerzystami rozwożącymi gazety na amerykańskich filmach. Albo z budkami z lemoniadą. Ale nie tylko w Stanach panuje zwyczaj wczesnego rozpoczynania pracy. W Ameryce Południowej ci biedni pracują niestety z przymusu, często kosztem szkoły, ci bogatsi by nabrać umiejętności praktycznych, zdobyć doświadczenie i punkty do CV. Poza tym, kraje latynoskie do ostoi dobrobytu niestety nie należą, więc ludzie często żonglują jednocześnie wieloma biznesami na raz. Ułatwia to może nie tyle nieskomplikowana, co raczej kolektywnie ignorowana biurokracja. Na Dominikanie kwiecień mija błogo i bez-pitowo, bo prywatnie nie płaci się podatków (poza VATem wpisanym w ceny produktów opodatkowane są duże firmy), a jak chce się rozstawić kram na rogu ulicy i sprzedawać frykasy, to się go po prostu rozstawia (nie bez powodu turyści w tropikach powinni żywić się jedynie w sprawdzonych restauracjach).

Oczywiście oceniając socjoekonomiczną sytuację Południa trzeba brać pod uwagę również takie kwestie jak organizacja, efektywność i przejrzystość zasad pracy. Nie bez znaczenia są: skostniały formalizm, korupcja, układy, trudności z zarządzaniem czasem. Brak inwestycji w innowacyjność, wydatków na badania czy promowania przyszłościowej edukacji nie pomagają…

Ale, ironia państw rozwiniętych, a zwłaszcza przeintelektualizowanej momentami Zachodniej Europy polega na tym, że wielu z nas lubuje się w studiowaniu do trzydziestki. Są oczywiście plusy, my Europejczycy jesteśmy (czy też bywamy) oczytani, chadzamy na wystawy, wiemy kim jest Umberto Eco i znamy kanon literatury światowej. Odwiedzający nas Amerykanie chwalą europejską work-life balance, a relatywny dobrobyt nawet tych biedniejszych państw Europy sprawia, że studiowanie kierunków humanistycznych (których na uczelniach latynoskich często nawet w ogóle NIE MA) nie musi równać się zawodowemu samobójstwu.

To dobrze dla ludzkości, kultury i budżetu bibliotek. ALE, tak dużo się narzeka, że szkoła nie uczy samodzielności. Także mimo, że biurokratyczne przepisy i kwaśne miny urzędników wiecznie rzucają nam kłody pod nogi; brak u nas narkotykowych majątków do przejęcia; i niewiele firm jest zainteresowanych zatrudnianiem dwunastolatków na lato, to może powinniśmy promować te pragmatyczną tendencję? Oczywiście nie kosztem wykształcenia, ale tak aby dyplomy zdobiące nasze ściany miały odzwierciedlenie w tak zwanym realu.

No bo kto to widział żeby leniwy południowiec miał lepsze CV?
Trwa ładowanie komentarzy...