Me gusta! - BLOG

O autorze ↓

Zima to stan umysłu

Posiadanie Latino Męża zimą jest lepsze od termometru. Wyściubiając nos spod koca w styczniowe poranki wiem od razu - jeśli pomylony Południowiec, z którym dzielę (ewentualne drę…) koty, los i mieszkanie jest radosny, oznacza to tylko jedno – śniegu nawaliło po pas.

Dwa lata – tyle mój umęczony słońcem Dominikańczyk czekał na „prawdziwą zimę”. Prawdziwą, czyli taką, jaką w czasach naszego internetowego randkowania pokazywałam mu na Google Images - minus milion, sople z nosa, niedźwiedzie polarne zamiast żubrów no i oczywiście ŚNIEG. Śnieg, w którym można zakopać pociągi PKP, jakąkolwiek chęć do życia, a może i nawet całą kawalkadę czołgów.

Drugi rok mieszkamy w Wiedniu – mieście, którego jedną z niewielu zalet jest dość łagodny klimat. Niestety, do tej pory oznaczało to bezśniegowe zimy, a zatem latynoskie rozczarowanie i niekończące się około-zimowe rozterki – Dlaczego śnieg nie pada? A w Polsce to pada! A może jeszcze napada? A kiedy kończy się zima? Dlaczego nie jest zimno?

No to teraz mamy. Ja w śniegowcach, z gilem do pasa przedzieram się przez zabłocone miejskie muldy, a mój Latino Mąż cyka sobie sweet focie z rąsi w zaśnieżonym krajobrazie. Przy bardziej zaawansowanych scenkach rodzajowych muszę mu asystować. Ja fotograf i on niczym Kate Moss – a repertuar modelingowy, jak przystało na Południowca, ma bardzo bogaty… Latino je śnieg, Latino rozrzuca śnieg niczym jesienne liście, Latino tonie w śniegu po kostki, Latino podziwia zaśnieżone ulice, a także oczywiście zimowa klasyka gatunku w polskich podstawówkach, czyli patrz palę!

Nawet wspomniane koty mają więcej instynktu samozachowawczego niż obcokrajowiec w zimie. Kot nr. jeden obserwuje balkon zanurzony w kanapie z nonszalancją godną… no cóż, kota, a drugi, jeśli już odważy się wypuścić na balkonową misję, to wraca na wstecznym.
A Latino Mąż? Do pracy w garniturze i szaliczku, bo kurtki mu się zakładać nie chce. Na miasto bez rękawiczek, bo są „niewygodne”, fryz musi prezentować się bez czapki, z powodów oczywistych, a nauszniki to ewentualna ostateczność, po którą sięga się jedynie już tuż, tuż na samym progu pierwszego stopnia odmrożenia.

Cała moja rodzina jest w stanie przedzawałowym na widok Południowca w zamieci wystrojonego w krótki rękawek i adidaski. Łapią się za głowę i z bólem duszy swe piękne słowiańskie włosy rwą z głowy z równie słowiańską fantazją - Jak mu tak… nie jest zimno?!

A no tak. Latino Mąż jest jak panel słoneczny. Całe życie akumulował karaibski tropik i teraz roztapia zaśnieżone ulice Europy. A może to przez tę krioterapię w klimatyzowanych pomieszczeniach? W Ameryce Południowej jest tak gorąco, że wiele mieszkań, biur i lokali ma nastawioną klimę, która mrozi krew w żyłach lepiej niż niejeden japoński horror – 19 stopniu Celsjusza – bez koca nie podchodź!

Dlatego Latino Mąż to nie jest pojedynczy przypadek, zauważyłam ten meteorologiczny paradoks wśród wielu Południowców przebywających w regionach naszej północnej tundry – cienka ceratowa kurtałka i w tango proszę państwa! Szliśmy kiedyś z koleżanką Słowianką i kolegą Kolumbijczykiem do sklepu przez warszawską styczniową epokę lodowcową i co? My szczękamy zębami, a on zagrzewa nas do boju – Ciemu wam zimno, jesteś polacy przecież??

No właśnie. Toż to wstyd i hańba! PKB, komuna, dziurawe autostrady czy HSBC to nic w porównaniu z tą narodową zniewagą. Polacy przecież, a na zimno nieodporne. Kulturoznawcza zagadka dla wszelkich zbędnych na rynku tęgich umysłów humanistycznych…

Chociaż zagadka może być wcale nie tak trudna do rozwiązania. Przypadki tzw. dzikich, czy wilczych dzieci uczą nas, że umiejętność przyswajania, rozumienia i tworzenia struktur gramatycznych musi zostać przyswojona we wczesnym dzieciństwie. ALE nie tylko! Dwa najbardziej znane językoznawcom przypadki takich dzieci, Victor z wiejskich terenów Francji wychowany przez wilki, oraz Genie ze Stanów Zjednoczonych pozostawiona sama sobie w małym pustym pokoju, nie tylko nie potrafiły dostatecznie przyswoić zaawansowanych struktur językowych, ale również nie odczuwały zimna w takim samym stopniu jak ludzie wychowani w tzw. normalnych warunkach.

Victor uwielbiał biegać po śniegu bez ubrań, bo te krępowały jego swobodę, a Genie brała prysznic w lodowatej wodzie nie okazując nawet najdrobniejszych oznak dyskomfortu. Oczywiście takie przypadki są na tyle rzadkie, że naukowcom trudno jest dokładnie zanalizować i zrozumieć, w jaki sposób „uczymy się” reakcji na pewne bodźce, choćby tak błahe jak styczniowy przymrozek. No chyba, że spojrzymy na mniej skrajne przypadki…

Niegdysiejsza wieść gminna, dzisiaj znana jako urban legend, niesie, że noworodki w Finlandii wystawia się chwilę po urodzeniu na mróz, żeby od pierwszego dnia życia zaczęły wykształcać odporność na zimno. A w Polsce? Już od dziecka zawija się nas w grubaśne rajtuzy, kombinezony, i na deser zawija szalikiem. Pamiętam doskonale dzieciństwo na cebulkę, kożuch na kożuchu, wełniane jednopalcówki, futrzane czapy, misiowe skarpeciochy, kalesony i przede wszystkim nieumiejętność ruszania kończynami we wszystkich warstwach tej izolacji.

W konsekwencji zima zaskakuje nie tylko drogowców. Latino Męża i innych szalonych południowców zaskakuje przede wszystkim to, że Polacy, czyli ludzie z krainy Królowej Śniegu, zasp i polarnych niedźwiedzi trzęsą się jak osika na wietrze jak tylko wyjrzą na oszroniony balkon.

Ale może przynajmniej im to pomaga zrozumieć, dlaczego tyle się tu u nas pije...
Trwa ładowanie komentarzy...