O autorze
Na niniejszym blogu obgadujemy mojego Latino Męża. Narzekamy na związki z importu/zachwalamy związki z importu. Plotkujemy bezwstydnie o tym, jak język potrafi zdradzić nasze niecne zamiary oraz o tym, co to są tzitzki. A także, bezczelnie przechwalamy się, że wiemy (mimo, że przecież nie wiemy) jak żyć w dobie Globalizacji, Dezinformacji i Fejsbuka. Fake it till you make it! Oh, and date a Latino!
Karolina Perez Sima - polska felietonistka dla dominikańskiego dziennika Acento oraz polonijnego miesięcznika Polonika w Austrii.

Latino święta: rum, fritanga i pośladki

Mąż obcokrajowiec równa się rodzina poza Polską. Rodzina poza Polską równa się odwiedziny egzotycznych krain pełnych dziwacznych tradycji i czasem nieludzkiej pogody. Także ja, uwikłana w moje Latino małżeństwo, w tym roku zmuszona zostałam integrować się świątecznie pośród dominikańskich palm i tropikalnego ukropu.

Święta na Karaibach – skojarzenia rodzą proste – biały piasek, soczyste owoce, bikini i ciepła woda w morzu. Drinki z palemką, koraliki, warkoczyki i kremy z filtrem. Salsa, bachata, merengue i sympatyczny Manolo sprzedający w souvenir szopie domino, cygara i błyskotki w astronomicznie zawyżonych cenach. Można i tak, wakacje all inclusive w Punta Cana czy Bavaro spełnią wszystkie nasze oczekiwania z nawiązką. Ale żeby poznać prawdziwe karaibskie święta, trzeba oddalić się od turystycznych enklaw i zapuścić dalej w ląd. Przez autostrady, gdzieniegdzie przecinane przez farmerów na osiołkach uzbrojonych w maczety (na szczęście to tylko do rozłupywania kokosów, nie naszych głów), przez wioseczki drewnianych domków, gdzie dynda na wietrze susząca się pieczona wieprzowina oraz przez przedmieścia przypominające gdzieniegdzie favele znane nam z brazylijskiego filmu Miasto Boga. Przez dominikańskie miasta i miasteczka, gdzie ochrona, czyli nawet zwykły przysklepowy dozorca, nosi broń.

Bo święta w tropikach to nie tylko słońce i plaża. Święta w tropikach to również, i niestety, egzotyczne, ale mało komfortowe uroki tzw. trzeciego świata. Na przykład, niekończące się korki, podczas których nikt nie szanuje pasów ruchu. Na dominikańskiej trzypasmówce pasów jest de facto około pięciu, a właściwie nie są to już pasy tylko wielka poplątana szachownica-labirynt, gdzie każdy wciska się naprzód metodą znaną u nas jako „kto kogo”. Po drugie, niewyobrażalny dla Europejczyków hałas – w stolicy, Santo Domingo, nie ma kierowcy, który nie trąbi przynajmniej trzy razy dziennie. Poważnie, dominikański klakson nie ma na celu jedynie „ostrzegania”, jest to klakson wielofunkcyjny; trąbi się, żeby oznajmić – to ja jadę, żeby ostrzec – będę skręcał, żeby przegonić pieszych z drogi (zapomnijcie o ich przepuszczaniu), żeby wyładować frustrację trwania w wielkim labiryncie-korku (wszyscy trąbią, nikt się nie rusza), żeby pozdrowić znajomego, którego właśnie mijamy (on odwdzięczy się nam równie serdecznym hukiem klaksonu na pół miasta). Poza klaksonem na fantazyjny karaibski hałas składają się muzyczne mieszanki grane bez jakichkolwiek ograniczeń z samochodów (przede wszystkim jeepów – tutaj zwanych na melodię spanglish YEEPETA), sklepików, domków, baraczków, podwórek i oczywiście warsztatów samochodowych (których w mieście prawie tyle co samochodów).

Dominikana to typowy kraj Ameryki Łacińskiej, gdzie garstka nieprzyzwoicie bogatych góruje nad ograniczoną siłą i rozmiarami klasą średnią oraz mniej lub bardziej ubogą resztą. Santo Domingo brak podstawowej infrastruktury takiej jak autobusy, tramwaje czy nawet przejścia dla pieszych (jest jedna linia metra). Z resztą ruch pieszych jest ograniczony, bo klimat i specyficzna mentalność wyspiarzy sprawia, że samochód, czyli wspomniana yeepeta, to artykuł pierwszej potrzeby. Jadąc przez miasto będziemy mijać zamknięte i chronione osiedla bogatszych, przeludnione i zasypane śmieciami barrios, czyli uboższe dzielnice, a nawet slumsy, w które, jako biały-gringo-turysta, oraz w oczach tubylców bogacz, zapuszczać się nie powinniśmy.

Ograniczone fundusze mieszkańców nie oznaczają, że dominikańska stolica obejdzie się bez bożonarodzeniowych dekoracji. Święta to święta. Dominikana to religijny kraj, w większości katolicki, z mniejszościami różnych wyznań protestanckich. Ateistów praktycznie nie ma, a jeśli są to żyją incognito. Łatwiej to zrozumieć biorąc pod uwagę, że w wyobrażeniu lokalnej ludności słowo „chrześcijanin” jest synonimem wyrażenia „dobry człowiek” (czasem w opozycji do parającego się czarną magią wyznawcy voo doo; tj. często nielegalnego przybysza z przeciwległego krańca wyspy Hispaniola, czyli Haiti).

Bogatsze domy udekorowane są lampkami, zamiast świerków w dekoracjach dumnie prężą się palmy. Sztuczna choinka na starówce dziarsko udaje zimową, a sponsorem świąt jest najwyraźniej Coca-cola, bo to jej logo, zamiast gwiazdy betlejemskiej, czy też powszechnej w Polsce bombki-szpikulca, wieńczy świąteczne drzewko. Na skrzyżowaniach uliczni sprzedawcy prócz awokado, pirackich płyt i wymacanych orzechów nerkowca (mogą przenosić gruźlicę) sprzedają w tym jakże „zimowym” sezonie podświetlane czapki mikołajki, świecidełka i inne ozdobne pierdółki. Sprzedaż sztucznych ogni została niedawno zabroniona, ale na Dominikanie nic NIGDY nie jest tak do końca zabronione, więc dla upartego znajdą się i petardy, którymi Dominikańczycy lubią strzelać w Boże Narodzenie jak i w Sylwestra. Bombek i lampek jest tu więcej niż w Polsce. Wywieszane są też wcześniej i zdejmowane później. Nawet te najbiedniejsze dzielnice migoczą się bożonarodzeniowym szałem kolorów. W owych biedniejszych dzielnicach, zwanych tez niebezpiecznymi, jeśli przedrzemy się już przez sterty śmieci, możemy natknąć się na uliczną kreatywność dekoracyjną, czyli choinkę zbudowana z butelek po ulubionym piwie Dominikańczyków Presidente. Uliczne wózki-budki z hot dogami czy fritangą obwieszone są lampkami, ale niech nie zachęci nas to to konsumpcji tych ulicznych frykasów – fritanga to WSZYSTKO, co tylko sobie wymarzymy (czasem mięso niewiadomego pochodzenia) smażone na głębokim tłuszczu (niekoniecznie świeżym). Warto pamiętać, że nam, przyjezdnym, jedzenie wolno zamawiać tylko w sprawdzonych restauracjach, no chyba, że nie straszna nam ameba, e-coli, salmonella czy cholesterol ponad 300.

W temacie cholesterolu i tłuszczu wszyscy wiemy, że świąteczne przysmaki tuczą. Dominikańskie tym bardziej, w Wigilię na wyspie zamiast ryb zjemy pieczoną wieprzowinę, pastelitos, czyli smażone na głębokim tłuszczu pierożki nadziewane kurczakiem, wołowiną bądź serem, quipes, nam znane bardziej jako przysmak kuchni bliskowschodniej kibbeh (nie mam pojęcia jak tu zawędrował), czyli pulpet z kaszy pszenicznej z mieloną wołowiną smażony na głębokim tłuszczu, croquetas, czyli paluszki z kurczaka… smażone, a jakże, na głębokim tłuszczu. Na dokładkę sos na bazie majonezu oraz ensalada rusa (sałatka rosyjska), zadziwiający twór przypominający nieco okrojoną wersję naszej sałatki domowej, czyli mieszanka ziemniaków (które lokalnie dla Dominikańczyków maja pewien egzotyczny czar), marchewki, jajek, majonezu i względnie jabłek, cebuli i buraczków. Arroz moro – czyli ryż arab, nazwa wytłumaczalna ciemnym kolorem potrawy, jest to bowiem mieszanka ryżu i groszku lub fasolki. Na przystawkę telera – bardzo duży, bardzo, miękki bardzo biały i bardzo niezdrowy rodzaj chleba-waty. Używany do maczania, zagryzania no i oczywiście tuczenia boczków. Dla fanów egzotyki kulinarnej polecam pasteles en hoja, czyli placki z platana lub yuki faszerowane mielonym mięsem zagotowywane w liściach platanowca (zapachem i smakiem przypominają nieco zieloną herbatę). W niektórych domach podaje się też menu a’la gringo, czyli pieczonego indyka albo kurczaka ze słodkimi ziemniakami zapiekanymi z marshmallows.

A propos marshmallows, słodycze świąteczne raczej nie zaspokoją naszych polskich, biesiadnych, bożonarodzeniowych apetytów – podaje się głównie cukiereczki w stylu landrynek lub żelków, wspomniane marshmallows, importowane czekoladki i herbatniczki (w znanych na całym świecie blaszanych pojemnikach, w których również i tutaj dominikańskie babcie po świętach przechowują przybory do szycia i urwane guziki). Zamiast domowej roboty ciast, tortów, rolad czy kremowych deserów podaje się jabłka, winogrona i orzechy. Z resztą Dominikańczycy, co dziwne, bo cukru i słodyczy pożerają jeszcze więcej niż w Polsce spożywa się alkoholu, praktycznie nigdy nie pieką w domu - słodkości kupuje się w cukierniach, a kuchnie rzadko zaopatrzone są w miksery, wałki do ciasta, a nawet w… mąkę. Alkoholu na wyspie pije się niewiele, zwłaszcza w porównaniu z naszymi polskimi normami. Wśród świątecznych drinków mamy do wyboru rum (czasem z colą lub spritem) i słodki świąteczny ajerkoniak zrobiony z rumu, cukru, mleka i jajek. Podaje się też wino lub orzeźwiające lekkie piwo – dominikańskie piwa przypominają hiszpańskie, jeśli chodzi o moc alkoholu oscylują wokół 4%, co nie zaszkodzi zważając na morderczy klimat (30 stopni plus wilgotność dochodząca do poziomu ponad 90%).

Nie istnieje tradycja dzielenia się opłatkiem, chociaż może uda nam się ją na Dominikanę wyeksportować - mojej Latino rodzinie bardzo przypadła do gustu podczas ich pierwszej polskiej Wigilii w krainie śniegu i lodu. Ale religijny charakter jest na Dominikanie zachowany, zamiast opłatka przed wigilijną kolacją gospodarz lub gospodyni, ewentualnie najstarsza osoba w rodzinie odmawia modlitwę i błogosławi wszystkich zebranych. ALE dla zachowania odpowiedniego poziomu absurdu, jakże typowego dla latynoskiej rzeczywistości, świąteczną atmosferę dopełnia telewizja, w której roznegliżowane panny wywijają krągłymi pośladkami w rytm karaibskiej muzyki, której bożonarodzeniowość podkreśla przewijające się słowo Navidad (Boże Narodzenie) a także ich skąpy kostium: bikini Mikołaja i czerwone czapki z pomponem. Z resztą muzyka świąteczna na Dominikanie przeciętnemu Polakowi bardziej przypominać będzie latynoskie hity z tańca z gwiazdami niż nasze z lekka rzewne, acz nastrojowe kolędy.

Prezenty daje się zazwyczaj zgodnie z obyczajem hiszpańskim – szóstego stycznia, czyli w Święto Trzech Króli. Od ostatnich dwóch dekad popularyzuje się obyczaj znany ze Stanów Zjednoczonych, czyli obdarowywanie się prezentami również w dzień Bożego Narodzenia. Wiele osób uważa, że dzieciom powinno się dawać prezenty wcześniej, żeby miały czas się nimi pobawić zanim wrócą do szkoły po przerwie świątecznej (na Dominikanie nie ma ferii zimowych, jako, że nie ma zimy, ale ferie świąteczne trwają tu od 18. grudnia aż do 7. stycznia). W prezencie daje się zabawki, starszym kosmetyki, perfumy, biżuterię, gadżety technologiczne, rzadziej pieniądze.

Święta trwają krócej niż w Polsce, po kolacji wigilijnej czeka nas tylko jeden dzień Bożego Narodzenia, który polega na dojadaniu resztek z poprzedniego dnia. Oczywiście owe resztki wcale resztkami nie są, bo świętami rządzi pewna uniwersalna zasada obowiązująca na całym świecie – jedzenia na Boże Narodzenie zawsze robi się za dużo. Poza tym, jest to dzień lenienia się i odpoczywania, można wyskoczyć na plażę, wiele osób chodzi też do kina, albo do uwielbianych przez Dominikańczyków centrów handlowych, żeby spotkać się ze znajomymi – święta w edycji karaibskiej są o nieco mniej pro-rodzinne i formalne niż w edycji nadwiślańskiej.

Dominikana już zapadła w poświąteczny odpoczynek z przejedzenia, nie pozostaje mi więc nic innego jak życzyć aby ten bonusowy drugi dzień świąt w Polsce minął Wszystkim Wam w radości, zdrowiu i bez nadprogramowych (smażonych na głębokim tłuszczu) kilogramów.

¡Feliz Navidad!
Trwa ładowanie komentarzy...