O autorze
Na niniejszym blogu obgadujemy mojego Latino Męża. Narzekamy na związki z importu/zachwalamy związki z importu. Plotkujemy bezwstydnie o tym, jak język potrafi zdradzić nasze niecne zamiary oraz o tym, co to są tzitzki. A także, bezczelnie przechwalamy się, że wiemy (mimo, że przecież nie wiemy) jak żyć w dobie Globalizacji, Dezinformacji i Fejsbuka. Fake it till you make it! Oh, and date a Latino!
Karolina Perez Sima - polska felietonistka dla dominikańskiego dziennika Acento oraz polonijnego miesięcznika Polonika w Austrii.

Skutki uboczne nowoczesności

Listopad. Jak listopad no to jesień. A skoro jesień no to o chorobach musi być. Albo, chociaż o skutkach ubocznych. Na przykład życia w dobrobycie.

Jesteśmy ludźmi nowego (wspaniałego) świata. Mieszkańcami metropolii. Dziećmi technologii. Taplamy się (niczym pączki w maśle) w erze obfitości i pląsamy w dobie postępu. Nie boimy się galopujących suchot. Nie dygoczemy ze strachu na myśl o błonicach, tężcach i dyfterytach. Zwykłe przeziębienie, a nawet solidne zapalenie płuc raczej nie sprawią, że dokona się w agonii nasz żywot marny, chmurny i durny. Mimo okazjonalnej paniki mediów wokół jakiegoś nowego egzotycznego wirusa, zarażenie się śmiertelną chorobą nie należy raczej do katalogu głównych zmartwień naszej codzienności. Założywszy, że świrniętych antyszczepionkowców utrzyma się w ryzach, nasz (piękny, nowy i wspaniały) świat, z medycznego punktu widzenia oczywiście, pozostanie światem stosunkowo bezpiecznym. Takim, gdzie wychodząc z domu nie narażamy się na rychły zgon. Takim, gdzie możemy w miarę bezpiecznie założyć, że ujrzymy jak nasze dzieci, a nawet ich dzieci, dorastają i ciułają drobne do emeryturki.

ALE. Wszyscy jesteśmy chorzy.



Cierpimy na różnorakie dolegliwości postępu i bolączki współczesności. Chroniczny ból dupy, kompulsywny zespól hejtowania, histeria oszczędnościowa, syndrom dnia następnego, melancholia emigracyjna, zaburzenia pamięci, nerwice natrętne niczym muszki owocówki, ataki paniki okołozawodowej, alergie na umowy śmieciowe, garb, bezpłodność, korzonki od przeciągów hulających w open-spejsie, kompulsywne napady szopingowe, ciśnienie skaczące pod sam sufit wieżowca ze stali i szkła, zespół depresyjnego zamulania, chroniczny niedobór czasu, trzęsawica imprezowa, cholesterol ociekający bekonowym tłuszczem, używki, szara cera i wory pod oczami.

Dlaczego mielibyśmy nie być chorzy? My dzieci postępu urbanistycznego i wnuki rewolucji technologicznej. Musimy uczyć się ciężko, pracować ciężej. Imprezować ostro, regenerować się szybciej. Ćwiczyć. Wzmacniać formę. Figurę. Jędrność pośladka. Odmładzać się. Oglądać wiadomości. Euronews. BBC. CNN. Al.-Jazeerę na wszelki wypadek. A dla wątków si-fi Russia Today. Rozkminiać giełdę papierów wartościowych. Językami władać biegle. Mieć opinię. A nawet niejedną. Czytać. Przebranżawiać się. Ulepszać. Dostosowywać. Do rynku. Do nowych trendów. Do zmieniających się czasów. Aktualizować. Produkować. Sztafirować. Głowa do góry, oczekiwania w dół, pretensje do kieszeni. Uśmiech na twarz i do przodu marsz. Aktywnie, wydajnie, skutecznie i na czas. Albo przed. Wypełniać CV i wysłać wnioski. Koordynować projekty i nadzorować postępy. Wielozadaniowo i bez mrugnięcia okiem. Chyba, że od sztucznej rzęsy doklejonej metodą jeden do jednego (uzupełnianie - co miesiąc).



Mamy komputery, tablety, smartfony. Nie możemy skoncentrować się żadnym dłużej niż przez 10 minut. Mamy PINy do banku, PINy do kart płatniczych, PINy do telefonów, kody alarmowe, numery klienta i numery umowy. Nasza głowa się gimnastykuje, pręży i paruje próbując je wszystkie spamiętać. Te i wiele innych spraw pierwszej, NAJpierwszej rangi. Wszystko jest najważniejsze, nic nie może czekać. Mamy zrobić zakupy, zapłacić rachunki, powysyłać e-maile. Zdać egzaminy, zaliczyć szkolenia, odebrać telefony. Przeczytać wiadomości na czacie, dostarczyć wnioski, przeanalizować biznes plany. Dotrzymać terminów. Ugotować obiad i zrobić paznokcie. Wydepilować plecy i wyregulować brwi. Oszałamiać pięknym licem i nigdy, PRZENIGDY, nie wyglądać na swój wiek. Ale zachowywać się z nim zgodnie. Dojrzewać szybko, kształcić się wiecznie i starzeć się godnie. Ale niepostrzeżenie.

Musimy być użyteczni, istotni i ambitni. O czasie, w odpowiednim miejscu i spełniając wymogi. Mikro-zarządzając, makro-zarządzajac i nie przynudzając nikomu. Nawiązywać przyjaźnie, networkingować, oddychać lekko, płynąć z prądem. Odczytywać sygnały niewerbalne i tańczyć jak zagrają.

Musimy być jednocześnie optymistami i realistami. Wypoczywać zdrowo, ale wyrabiać 200% normy. Cieszyć się życiem, sącząc rosé, ale zapracowywać na pękaty portfel, zestaw obligacji, i trzy nieruchomości na złotą jesień życia w strategicznej lokalizacji. Nie szkodzić środowisku, ale dotrzeć do biura w drugim końcu miasta na ósmą punkt i bez zadyszki. Medytować, szanować i być asertywnym. Pielęgnować zdrową dawkę egoizmu, a jednocześnie dawać, dawać i jeszcze więcej dawać bezinteresownie, bo to przecież wzbogaca nas gratisowo.



Życie to faktycznie śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową.

Najwyraźniej przy okazji psychiczna.
Trwa ładowanie komentarzy...