O autorze
Na niniejszym blogu obgadujemy mojego Latino Męża. Narzekamy na związki z importu/zachwalamy związki z importu. Plotkujemy bezwstydnie o tym, jak język potrafi zdradzić nasze niecne zamiary oraz o tym, co to są tzitzki. A także, bezczelnie przechwalamy się, że wiemy (mimo, że przecież nie wiemy) jak żyć w dobie Globalizacji, Dezinformacji i Fejsbuka. Fake it till you make it! Oh, and date a Latino!
Karolina Perez Sima - polska felietonistka dla dominikańskiego dziennika Acento oraz polonijnego miesięcznika Polonika w Austrii.

Mój Polish jest rubbish

Mieszkanie za granicą poza oczywistymi zaletami, czyli zachodnim lansem, euro-bogactwem i szybkim internetem, ma pewne niedogodności.

Moja tożsamość kulturowa na przykład zapada się pod ziemię. Polacy, których napotykam na swych krętych ścieżkach piją browca w tramwaju już od 10 rano. Niczym słoma z butów wychodzi ze mnie prowincjonalność vis-á-vis (czy tam w kwestii) ruchu drogowego. Niezmiennie szokują mnie kierowcy przepuszczający pieszych na każdym skrzyżowaniu, a także pomiędzy nimi. W Polsce rozjechałaby mnie już cała kawalkada mistrzów kierownicy i pijanych celebrytek, a tu, w Wiedniu, kroczę dostojnie jak królowa (albo Mojżesz) i ruch się rozstępuje. Zagraniczne ulice można podsumować krótko - plakatieren verboten, porządek i pełna dyscyplina.

Jak kultura kuleje, no to wiadomo, z językiem też szału nie ma. Moja tożsamość językowa więdnie niczym zapomniane za zakurzoną firanką doniczkowe anturium. Wyrwałam się w końcu z korzeniami więc trudno jej się dziwić. Mój piękny, słowiański, mickiewiczowski, albo jak kto woli, gombrowiczowski język polski przechodzi traumatyczny proces bycia rozszarpywanym, przeżuwanym i wypluwanym przez żarłoczne języki obce, którymi to zmuszonam się komunikować. Głównym winowajcą jest angielski, który mości się w mej głowie wygodnie tak jak lord dzierżący w upierścienionej dłoni szklaneczkę brandy i fajkę w cienkiej brytyjskiej wardze mościłby się na swej londyńskiej sofie.

Donald Tusk, nasz awansowany, zupgradowany były premier wybrał się aż hen, hen w siną dal zagraniczną aby móc polish swój English. Czy podjąłby się takowej wyprawy gdyby wiedział, że po powrocie do kraju będzie na pogaduszkach w rodzimym języku dukał niczym zdarta płyta? Albo co gorsza, składał nieskładne, kwadratowe polskie zdania podczas oficjalnych exposé? Dla niedowiarków pozostaje teoria, że premier miast siedzieć w książkach pojechał na Maltę smażyć się na plaży niczym dorsz nad Bałtykiem.

Ha! Przyznać się kto nie wiedział, że jednym z dwóch urzędowych języków Malty jest angielski? Widzicie, polityka kształci nas, maluczkich. Ja, mimo, że posiadałam tę tajemną wiedzę, nie jestem wolna od filologicznych pułapek. Wygląda bowiem na to, że muszę powrócić w ojczyste (lub w imię genderu - matczyste?) strony po lingwistyczny ratunek. Bo mój Polish leży i kwiczy.

Uwięziona między twitterem, fejsbukiem i fejspalmem muszę googlować czy dzień dobry przypadkiem nie pisze się razem. Skonfrontowana z krewnymi plączę się w deklinacji i szlocham nad koniugacją. Myślę sobie, oh my god, taka ze mnie blogerka, leserka, a mój język to fuszerka. Koleżanki pytam się czy zarejestrowała się już do tego date-servisu, czy ma jakiś nowy gossip i jak było na party. Przechwalam się znajomym wszem i wobec, że będę miała „wywiad” w sprawie wizy. Tak, rozwiną mi czerwony dywan i przepytają „kogo noszę” (Dior? Marchesa? Dolce & Gabbana?), albo „jak pracowało się na planie?” i zrobią mi słit focię na okładkę People Magazine.

W soboty chadzam na brunch zjeść sandwicza i wypić vitamin smoothie. Po południu mam event, a wieczorem do upadłego clubbing w rytm dubstepu. Potem niedzielny chillout przy smooth jazzie. No, chyba, że mam jakiś deadline.

W tygodniu to wiadomo, work. Lukam, networkuję, jem biznes lancze. Robię research, marketinguję i czytam ebooki. Dla relaksu i natchnienia zamawiam w coffee szopie carmel machiatto small. Robie backup, update i squaty na jędrny pośladek. Liczę proteiny w jogurtach i konsumuję produkty low fat. Szeruję na wallu i linkuję w na czacie. Prowadzę konferencje skajpowe i robię shopping spree na Amazonie.

Kelnerów pytam o gnocchi, pesto i humus, które to zapijam soft drinkiem. We włosach mam leave-in, na rzęsach mascarę, pod podkładem primer, a spandex na tyłku. Ubiera mnie brafitterka, radzi mi life-coach, a w nowe jeansy wciska trener personalny. Dresscode casualowy, alarm, flesz i pliki na downloadzie… Sorry, resory, mój Polish jest rubbish.

„Dokładnie!” zamiast no właśnie, soda zamiast oranżady, a zamiast rozumu sodówka. Jak to pan Tusk wszystko spamięta to ja naprawdę mam no idea.

Whatever, anyways, fak, szit i bye-bye.
Trwa ładowanie komentarzy...