Me gusta! - BLOG

O autorze ↓

Lenistwo matką wynalazku

Naoglądałam się za dużo Seksu w Wielkim Mieście, żeby znaleźć sobie normalną robotę. Taką z biurkiem w open spejsie i identyfikatorem dyndającym na szyi. Dlatego, żeby popracować, chadzam do kawiarni (przed über-hipsterstwem na szczęście ratuje mnie brak mcbooka). Kto nigdy nie pracował „z domu” nigdy tego nie pojmie. Pomyśli, że my sobie tak przychodzimy poszpanować. Poudawać intelektualistów.

Otóż nie. Za każdym kawiarnianym hipsterem kryje się wielce złożona batalia o produktywność. Pragnienie by kolejny dzień przyniósł coś więcej, niż zmianę daty w telefonie. Walka o wykrzesanie determinacji niezbędnej do poczucia się wartościowym członkiem społeczeństwa. Czyli takim, co pracuje, tworzy, działa… Nawet, jeśli nie w firmie, biurze, korporacji.

Tak. My ludzie wolnych zawodów, artyści, wieczni studenci i inne niebieskie ptaki nie mamy Team Cordinatorów, ani Project Managerów, który zagonią nas do roboty. Musimy sobie jakoś radzić sami.

Po pierwsze – plan. Ja na przykład wierzę w moc list. Mam taką tablicę na drzwiach korytarza, mazakami się po niej pisze. Ciągle sobie tam wypisuje punkty i punkciki do zrobienia. Jak coś się znajdzie na liście to jest to już pół sukcesu, bo wtedy szybciej robię. Lubię zrobione rzeczy zmazywać. Czuję się wtedy taka pracowita i efektywna.

Po drugie – lokalizacja. Bo, żeby do zadania się w ogóle zabrać, należy opuścić dom. Dla większości z Was, czyli tych normalnych, poukładanych ludzi, jest to oczywista oczywistość. Po to wstajecie. Człowiek zatrudniony w firmie, instytucji czy innej organizacji, po pobudce i porannej toalecie (której harmonogram jest odgórnie narzucony przez rzeczone jednostki zatrudniające) wie dokąd się udać. My natomiast nie do końca. Ale żyć jakoś trzeba, pracować zatem też.

Ha! Bo Wy myślicie, że jak nie ma wyznaczonych godzin pracy to nie ma pracy? Spróbujcie, wytrzymacie maksimum tydzień. Po owym tygodniu bimbania w domu pojawią się pierwsze objawy depresji i wszechogarniącego Weltschmerzu. Wylegiwanie się w łożu jest dobre na kaca, ewentualnie na weekendową regeneracje po pracowitym tygodniu, ale na pewno nie jest to rozsądny plan na spędzenie wtorku. I środy. Złota myśl, która zaskoczy studentów; noc jest od spania, a tydzień od pracowania.

A w domu, cały dzień się rozłazi na boki. Zamiast pracować myśli się o tym czy okna są brudne. Czy nie trzeba czasem znowu odkurzyć (u mnie kocie klaki kręcą piruety wokół biurka), brudne naczynia wołają do zmywarki, lodówka uwodzi swoimi pełnymi kształtami, a kanapa prosi się o towarzystwo. Koleżanka mnie ostatnio zapytała “W domu naprawdę nie usiedzisz?” No właśnie, drodzy freelancerzy, artyści, przedstawiciele wolnych zawodów i twórcy wszelkiej maści alternatywnych “projektów”. Ile można? Ile można w te same ściany w domu się wgapiać?

Może i można jak się ktoś uprze. Z tym, że nie da się owego gapiostwa połączyć z pracą intelektualną. Kto zaprzeczy najpewniej zawodowo zajmuje się leżeniem na kanapie. Ewentualnie sprzątaniem i segregowaniem skarpetek. Żeby wykrzesać z siebie produktywność, zmotywować mózg do działania na jakichkolwiek obrotach należy się po pierwsze naszykować. W zależności od zapatrywania na gender i własne odbicie w lustrze, polega to na nałożeniu makijażu, stylizacji włosa, przywdzianiu reprezentacyjnego odzienia i w końcu na wyjściu do tzw. ludzi.

Jest to wyrażenie metaforyczne, bo przecież pracując w kawiarni, nie jest się przecież z żadnymi ludźmi w komitywie. Praca nadal jest żmudna, samodzielna i samotnicza. Okazjonalnym urozmaiceniem może być rozkapryszona kelnerka, albo inny nawiedzony freelancer, który postępy swoich projektów musi omawiać na skype-kamerce stolik obok. Ale do postępu w powziętym zadaniu motywuje mnie fakt, że w końcu po coś tu przyszłam. Poza tym, nie mogę się nonszalancko rozwalić na kawiarnianej kanapie. Dopiero w domu, dokąd się udam jak skończę co mam do zrobienia, rozchełstam się w nicnierobieniu. Tak, lenistwo matką wynalazku.

Chodzenie do pracy jest jednym z jego wynalazków najwyśmienitszych. A drugim, my, kawiarniani hipsterzy. Bo wszystkim, nawet tym stawiającym na nieszablonowe ścieżki kariery, lenistwo smakuje lepiej, gdy jest zasłużone.
Trwa ładowanie komentarzy...